WALICKI

 

FRANCISZEK WALICKI (1921), dziennikarz, publicysta, „ojciec chrzestny” polskiego rock’n’rolla. Współtwórca, obok Leopolda Tyrmanda, i członek Honorowych Komitetów obu pierwszych festiwali muzyki jazzowej w Sopocie w latach 1956 i 1957. Animator i kierownik artystyczny pierwszych polskich zespołów „mocnego uderzenia” i pierwszej polskiej dyskoteki Musicorma’ 70 w Sopocie.

Jako Jacek Grań autor tekstów piosenek, takich jak Puste koperty, Czy mnie jeszcze pamiętasz, Niedziela będzie dla nas , Na drugim brzegu tęczy, Gdybyś kochał, hej!, śpiewanych m. in. przez Czesława Niemena, Wojciecha Kordę, Krzysztofa Klenczona, Adę Rusowicz, Piotra Szczepanika oraz zespoły Breakout i SBB. Odznaczony Złotym Medalem „GLORIA ARTIS”.

Franciszek Walicki w swojej książce „EPITAFIUM NA ŚMIERĆ ROCK’N’ROLLA” pisze:

Lata sześćdziesiąte były okresem największych wstrząsów w naszym stuleciu. Młodzież świata gwałtownie powstała przeciwko pieczołowicie pielęgnowanym tradycjom. Pokolenie lat sześćdziesiątych zdecydowanie odmówiło objęcia dziedzictwa naszej planety. A sercem rebelii, siłą napędową i źródłem inspiracji stała się zaraźliwa muzyka rockowa. Już sam charakter grup rockowych, wygląd tych zespołów i drwiące zachowanie się – nawoływał do protestu przeciw panującemu porządkowi, a nowa muzyka uwydatniała nastroje panujące w tamtych czasach. To ona była siłą napędową protestów. To rock’n’roll zjednoczył tamto zbuntowane pokolenie.

Starsi najpierw z niedowierzaniem, potem z niezadowoleniem i złością obserwowali najazd pryszczatych, niedomytych rockmanów, na widok których mdlały z zachwytu dziewczyny, a dziesiątki tysięcy młodych ludzi wpadało w histerię.

W roku 1967, w czasie pobytu zespołu The Rolling Stones w Warszawie, przeprowadzałem wywiad z Mickiem Jaggerem – liderem zespołu. Ostatnie pytanie brzmiało: „Jesteście buntownikami. Wasza agresywna muzyka i piosenki nie podobają się starszemu pokoleniu. Czy potrafi was ono zrozumieć?” Odpowiedział bez namysłu: „Ono nie musi nas rozumieć! Ono ma się nas bać!”

A bało?

„Bezkrytycznie przyjęto i zachłyśnięto się płynącą z krajów zachodnich muzyką… Ruszyła zastraszająca lawina «muzyki» spod ciemnej gwiazdy… Bezlitosna machina bigbitu miażdży swoimi trybami wszystko, co nie jest bełkotem, hałasem i magmą dźwięków… W sposób coraz bardziej bezczelny panoszy się potworna szmira, organizowana przez gangi kombinatorów i oszustów ” („SŁOWO POWSZECHNE” NR 11/9337)

„W żaden sposób nie potrafię zrozumieć, co większość tzw. nastolatków, a nawet sporo poważnych ludzi, widzi w panu Niemenie? (…) Czy to nieludzkie wycie, przeraźliwe krzyki i jęki, ten okropny ryk, czy to wszystko jest muzyką? (…) Dlaczego nasza młodzież kupuje te płyty? Dlaczego słucha ich całymi godzinami z obłędem w oczach?…” (Z. KOWALCZYK, STUDENCKI TYGODNIK „ITD”, 1986)

Podobne wypowiedzi uzupełniały tytuły wielu artykułów, których autorzy prześcigali się w wymyślaniu epitetów, określających ich stosunek do rock’n’rolla: „Rykowisko”, „Królowie jazgotu”, „Sezon na bałwanów”, „Sztuka wrzasku”, „Wąchać bigbitowców”, „Czas wyrugować szmirę i chałturę”, „Koncert czkawki i Niemen bez spodni” (wszystkie tytuły autentyczne!)… że przypomnę najmniej złośliwe.

Wywiad nie ukazał się. Lecz i ja nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli Mick Jagger, kończąc wywiad tak jednoznacznym akcentem. Ale słowa charyzmatycznego piosenkarza uzmysłowiły mi jednak, że przecież i nam – animatorom rock’n’rolla w Polsce – chodziło w zasadzie o to samo. Że i my uznaliśmy prowokację za najskuteczniejszą formę wyrażania marzeń i oczekiwań. Nie chcieliśmy dłużej uznawać narzuconych wzorców. Staliśmy pod murami Jerycha i wierzyliśmy, że już wkrótce zobaczymy pierwsze rysy i pęknięcia.

W roku 1959 przekonałem się, że świat ludzi dorosłych i świat ludzi młodych zaczynają nie pasować do siebie. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte pogłębiły ten proces. Najpierw zaskoczyła mnie ogromna popularność nowej muzyki. Już pierwsze koncerty zespołu Rhythm and Blues wywołały reakcje, które powinny były zainteresować socjologów. Rock and roli tworzył wokół siebie charakterystyczną otoczkę – własne obrzędy, obyczaje i modę – oznaczającą przynależność do określonego pokolenia. Obok idoli, pełniących rolę kapłanów nowej generacji, ujawniły się tłumy wiernych, zafascynowane już nie tylko muzyką, ale udziałem w czymś, co nie było jeszcze jasne i wyraźne, ale co zapowiadało odkrywanie nowych horyzontów. Ta fascynacja często przekraczała granice zdrowego rozsądku i budziła wesołość, ale skłaniała do myślenia. Pamiętam dziewczynkę w wieku 12-13 lat, która po koncercie zespołu Rhythm and Blues w Warszawie z udziałem m. in. Bogusława Wyrobka podeszła do mnie z notesem w ręku. „Pan rozmawiał przed chwilą z panem Wyrobkiem. Bardzo chciałabym mieć jego autograf, ale nie mam odwagi podejść. Mam już po nim cenną pamiątkę, ale chciałabym mieć także podpis”. Zainteresowała mnie owa „cenna pamiątka”, więc zapytałem, co to takiego. Wtedy zdjęła zawieszony na szyi nieduży medalion złożony z dwóch połówek i otworzyła. Myślałem, że będzie tam fotografia Wyrobka, ale nie. Zobaczyłem… włos! Zapytałem zdziwiony: „To włos pana Wyrobka?” „Niestety – odpowiedziała z żalem w głosie – to tylko włos psa pana Wyrobka…” Minęły 23 lata. W roku 1982 usłyszałem po raz pierwszy Autobiografię Zbyszka Hołdysa i Bogdana Olewicza w wykonaniu zespołu Perfect i Grzegorza Markowskiego: wyznanie byłego nastolatka, opis fascynacji rock’n’rollem – manifest pokolenia. A w roku 1986 uczestniczyłem w nostalgicznym spotkaniu „dinozaurów mocnego uderzania” w Operze Leśnej w Sopocie pod hasłem Czy nas jeszcze pamiętasz? Widziałem reakcję widowni – dawnych nastolatków: entuzjazm i łzy wzruszenia.

I nagle te trzy wydarzenia: koncert zespołu Rhythm and Blues, Autobiografia i Old Rock Meeting w Sopocie ułożyły się w jedną całość. Było jasne, że ten śmieszny, zwariowany czas fruwających marynarek, wpadających w ucho melodii i naiwnych (choć nie zawsze) tekstów nie przeminął bez echa. Zapoczątkował nowy etap rozwoju muzyki rozrywkowej, stał się cząstką polskiej kultury, utrwalił się na tyle w świadomości ówczesnego pokolenia, że nawet po wielu latach potrafił wywołać emocje.

Ktoś – i chyba dla żartu – nazwał mnie kiedyś „ojcem chrzestnym polskiego rocka”. Nie uważam się za takiego. Moje prawdziwe zainteresowania były inne. Za moich czasów „Polska kilka razy fiknęła kozła i stawała na głowie” (to Stefan Kisielewski), a ponieważ nie doznałem „łaski późnego urodzenia” – bo gdy wybuchła wojna, miałem 19 lat – starałem się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Muzyka rockowa nie interesowała mnie specjalnie jako muzyka, zwłaszcza że pierwotny rock’n’roll był muzyką dosyć prymitywną i dopiero później, przede wszystkim pod wpływam kalifornijskiego zagłębia rockowego, zaczął tracić niewinność i wzbogacać formy wyrazu. Owszem, podziwiałem prekursorów rock’n’rolla, lubiłem ich nagrania. Presley, Haley, Little Richard, J.L. Lewis, „Fats” Domino, „Chuck” Berry to były postacie fascynujące, Ale nic więcej.

Bo nie o muzykę chodziło.

Wkraczając w: świat rock and rolla, nie byłem nastolatkiem. Nie należałem do pokolenia rebeliantów. Przeciwnie. Ustrój socjalistyczny uważałem za najbardziej sprawiedliwy, a marksistowską metodę patrzenia na świat za najmądrzejszą. Wynikało to z mojego wychowania, z atmosfery Wilna, gdzie działały liczne grupy lewicującej młodzieży (zwłaszcza studenckiej), ze wskazań przedwojennej rydzyńskiej szkoły, która uczyła krytycznego spojrzenia na sanacyjną za rzeczywistość, z doświadczeń na „Darze Pomorza”, które uczyły patrzenia na świat. Socjalizm kojarzył mi się z wartościami tkwiącymi w europejskim oświeceniu, z humanizmem, ze sprawiedliwością społeczną, z uznaniem pracy za źródło dochodów, a ludzi pracy za podstawowy grupę społeczną, z dostępem do nauki i oświaty, z uznaniem świeckości państwa, z tolerancją narodowościową i wyznaniową,

Ale w latach pięćdziesiątych coś zaczynało pękać. Było jasne, że socjalizm w Polsce staje się karykaturą socjalizmu. Że partia odstępuje od zasad, które sama głosiła jako nienaruszalne. Ze postulat sprawiedliwości staje się fikcją, a łamanie prawa fragmentem codzienności.

I kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałem, dlaczego rock and roli wywołuje tak gwałtowne reakcje, dlaczego skupia na sobie taką niechęć – i dlaczego warto mu poświęcić kawałek życia. Już nie chodziło o walkę z koturnowością kultury i urzędowym optymizmem socrealizmu. Rock and roli stawał się symbolem niezależności, odrębności i swobody. Nie dał się wtłoczyć w konto konformizmu, był przekorny i prowokujący. Otwierał drogę do innego świata, wzywał do obalenia murów, za którymi miał być raj.

Epilog do książki „EPITAFIUM NA ŚMIERĆ ROCK’N’ROLLA”

Pochylmy głowy. Zapalmy znicze. Rock and roli umiera… Pocisk, wystrzelony w roku 1959 w Gdańsku z armaty rock’n’rolla, zatoczył podniebny łuk w kształcie paraboli i po osiągnięciu punktu kulminacyjnego zaczął opadać. Zderzenie z ziemią było nieuniknione…

6 czerwca 1980 roku, z armaty Jarocina odpalono pocisk o większej sile rażenia.

Pierwszy Festiwal Muzyki Młodej Generacji odrzucił to, co przyczyniło się do unicestwienia starych konwencji, wywiesił flagę z napisem ROCK i rozpoczął kolejny etap muzyki, która miała odpowiadać oczekiwaniom nowego pokolenia.

A odpowiada?… Czy tworzy coś nowego i rewelacyjnie ciekawego? Własny kanon kultury? Styl życia i bycia? Obyczaje? Obrządki? Modę?…

Żegnam czas rock’n’rolla, epokę, której poświęciłem kilkadziesiąt lat życia. Zegnam świat „fruwających marynarek” i muzykę, która była nie tylko zjawiskiem artystycznym, ale przesłaniem pokolenia. Już w latach sześćdziesiątych przejęła na siebie furię decydentów, dotarła do serc i umysłów młodych ludzi na wschód od Łaby i przygotowała pole bitwy, na którym dwadzieścia lat później rozegrały się historyczne wydarzenia. Chciałbym, aby moje wspomnienia dotarły do kilku pokoleń. Aby ludziom „w sile wieku” przypomniały szalone lata ich młodości, a tym, którym nazwiska prekursorów rock’n’rola kojarzą się z epoką dinozaurów, pozwoliły zrozumieć, że ich ulubiona muzyka, której odkrycie przypisują tylko sobie i swoim idolom, powstała w Polsce za sprawą „odległych widm przeszłości”, a Wyrobek, Niemen, Niebiesko-Czarni i Breakout robili to na długo przed ich urodzeniem.

O tym jest ta książka.

Franciszek Walicki

 

Tekst ten pochodzi z książki Franciszka Walickiego „Epitafium na śmierć rock’n’rolla”

Opublikowano dnia: 01.08.2014 | przez: procomgra | Kategoria: Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Seo wordpress plugin by www.seowizard.org.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij