Wirka Nowickiego poznałem w czasach szkolnych. Obaj byliśmy uczniami Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej w Koźlu, niestety on uczęszczał tylko do klasy pierwszej. Z powodu dużej absencji nie otrzymał promocji do klasy następnej i opuścił szkołę. Powodem tego były problemy  samej szkoły. W tym czasie trwał wielki remont obecnego budynku szkoły. Zorganizowano nam lekcje w dawnym Liceum Pielęgniarskim na ul. Anny. Dzisiaj mieści się tam Urząd Pracy. Wtedy ten budynek także znajdował się w katastrofalnym stanie. Sufity w klasach podpierane były drewnianymi stemplami. Nasze bezpieczeństwo było naprawdę zagrożone. Zdecydowano przenieść zajęcia do Budowlanki na godziny popołudniowe. To dla Wirka było dużym problemem. Kolidowało to z jego pasją gry na gitarze. Zajęcia w PDK także odbywały się popołudniu. Wybrał muzykę.

W tym krótkim czasie muzyka zbliżyła nas do siebie. Spędzaliśmy razem trochę czasu. Kilkakrotnie odwiedzałem go w jego domu. Wtedy demonstrował swoje umiejętności muzyczne. Podobała mi się jego gra. Pamiętam kilka piosenek, które go fascynowały. „Kręcił” go John Fogerty z Creedence Clearwater Revival.  “Bad Moon Rising” z repertuaru CCR. To był Wirka  popisowy numer. Lubiłem słuchać także jego wersji „Yellow river”. Grał też polskie utwory. „Czy nawet kilku dni nie chcesz podarować mi” zespołu Wiślanie 69 w jego wykonaniu podobało mi się bardziej niż oryginał.

Często bywałem w klubie kędzierzyńskiej RSM Chemik. Tam powstał taki okolicznościowy zespół, którego wokalistką była córka prezesa spółdzielni. Przygotowywali program na uroczystość wręczenia dowodów osobistych zaplanowaną w ZDK Chemik. Na perkusji grał wtedy z nimi Waldek Nowak, mój kolega ze szkoły podstawowej. Zaprosiłem Wirka na próbę zespołu. Zagrał modny wtedy przebój zespołu Breakout „Kiedy byłem małym chłopcem”. Wirek opracował ten numer po swojemu. Spodobało się. Został przyjęty do zespołu. Do występu jednak nie doszło. Obsłudze technicznej imprezy nie spodobał się ubiór Wirka. Chodziło o łaty na jeansach. Impreza była podniosła.  Na sali młodzież licealna. Na scenie godło państwowe. Łaty, choć wówczas bardzo modne były przez nich nie do zaakceptowania. Sytuacja wywołała bunt Wirka. Wdał się w szarpaninę z pracownikami Domu Kultury Chemik. Awantura toczyła się tuż za kurtyną, która stanowiła tło sceny na którym wisiało sporych rozmiarów godło. W pewnym momencie kurtyna została zerwana i orzeł zaczął powoli opadać wprost na głowę perkusisty zespołu, który w tym momencie występował na scenie. Skończyło się to interwencją milicji oraz wykluczeniem zespołu z imprezy.

Potem nasze drogi właściwie rozeszły się. Ja także zmieniłem szkołę. Wirka spotkałem po kilku latach podczas jakiegoś przeglądu zespołów muzycznych w ZDK Lech w Blachowni. Brałem w tym przeglądzie udział będąc w składzie Grupy M5. To była któraś z edycji Gitariad. Po za nami, udział w przeglądzie brali m.in. Wolna Grupa Empiria z Januszem Kolendą, był chyba Kenedth z Mirkiem Nowakowskim oraz niezły wtedy  zespół PEX 75. Niespodziewanie na scenie pojawił się Wirek z kolegami. Wirek, Zbyszek Kotrys, Heniek Kalicki jako grupa Święci Jazzu zagrali numer o takim samym tytule.  Było to spore wydarzenie. Nagle pojawiła się kapela mogąca zagrozić pozycji PEX 75, zespołu wówczas kreowanego na lidera lokalnej sceny rock’n’rolla.  Wprawdzie po latach melodia piosenki uleciała z pamięci, ale jej tytuł pozostał w głowie do dnia dzisiejszego.

Długo szukałem kogoś kto pamiętał jak brzmiała.

I znalazłem.  Kazik Pabiasz, bo o nim mowa, wspólnie z Jarkiem Mikulskim dokonali nagrania w atelier kozielskiego studia fotograficznego Wenus. To piękny gest pamięci wobec estradowego kolegi.  Czy „Święci jazzu” to autorska kompozycja Wirka? Pewności niema. Autorem tekstu był Heniek Kalicki, jego wieloletni przyjaciel estradowy. Na pewno jednak ten utwór na zawsze kojarzony będzie z Wirkiem Nowickim. Ja miałem z nim styczność przez krótki okres czasu i tak naprawdę niewiele mogę o nim powiedzieć poza tym, że był dobrym muzykiem. Wiem, że miał niezwykle trudny charakter i to go gubiło. On chyba się tym za bardzo nie przejmował. Rozmawiałem z nim krótko podczas Gitariady we wrześniu 2015 roku.  8 maja następnego roku został powołany do „Niebiańskiej orkiestry”.

 Zbigniew Kowalski

 


– Dane  mi było grać i śpiewać z Wirkiem „Świętych Jazzu”. „Inżynier” to kolejny jego numer.  Pamiętam jeszcze jego utwór pt. „Angielski walc”. Przypominam sobie, że tekst do „Świętych jazzu” zapisał mi na serwetce w restauracji Ratuszowa, zaznaczając, że tylko mi to daje i nikomu więcej.

Wirek był świetnym muzykiem. Swingował jak Presley. Wróżono mu wielką karierę. Z propozycjami przyjeżdżali przedstawiciele Estrady i Pagartu. Kusili, ale on po prostu ich zbywał. Taki był. Miał swoje pomysły na życie. Często szokujące. Chyba ostatni raz rozmawiałem z nim przed czterdziestoleciem połączenia Koźla i Kędzierzyna. Była propozycja aby zorganizować koncert z udziałem muzyków z tamtych czasów. Chciałem zagrać z Wirkiem ponownie i on tego chciał. Fatalnie się stało, że ktoś z miejskich decydentów kultury pominął jego udział w imprezie. Ja grałem a przed sceną stał Wirek. Widziałem duże rozgoryczenie w jego oczach. Do dzisiaj jest mi bardzo przykro, że się nie udało.

Kazimierz Pabiasz

Święci Jazzu.

wyk. Jarosław Mikulski i Kazimierz Pabiasz
Sł. Henryk Kalicki
Muz. Wirek Nowicki

Grają święci jazzu,
kołyszą się w takt siwe włosy.
Starość nie musi być przeraźliwa,
jest ta starość jak młodość jedyna.
Nie smutną jest nasza zwinność,
przebudzeni lśnimy jak diament,
posiwiałe nasze dzieciństwo bije ze złością po klawiszach!

Nowy Orlean, królowie jazzu,
Nowy Orlean w muzycznym śnie.
Pod same niebo muzyka ich mknęła latami,
miotała ich serca z inwencją muzy bez granic.
Żyła wśród nich,
wśród żywych świętych ludzi jazzu,
Żyła wśród nich,  wśród żywych świętych ludzi jazzu!

Grają święci jazzu,
kołyszą się w takt siwe włosy.
Starość nie musi być przeraźliwa,
jest ta starość jak młodość jedyna.
Nie smutną jest nasza zwinność,
przebudzeni lśnimy jak diament,
posiwiałe nasze dzieciństwo bije ze złością po klawiszach!

Nowy Orlean, królowie jazzu,
Nowy Orlean w muzycznym śnie.
Pod same niebo muzyka ich mknęła latami,
miotała ich serca inwencją muzy bez granic.
Żyłem wśród nich,


 

Mam miłe wspomnienia o Wirku, miałam dużo zdjęć z tego okresu ale powódź wszystko nam “zabrała”. Pamiętam, że w Blachowni był jakiś konkurs w 1974 roku i właśnie ta piosenka otrzymała nagrodę, ale nie pamiętam jaką. Tekst tej piosenki  śpiewał i napisał mój mąż, ale z tego co wiem to melodia była zapożyczona i dlatego nie otrzymali pierwszej nagrody. Miałam wiele pamiątek z tego okresu. Podczas powodzi byłam sama z córką a mój mąż przygrywał na pokazie mody w Niemczech ze swoimi niemieckimi kolegami (pokaz mody od Karl Lagerfeld), Częstymi gośćmi u nas byli Marek Raduli, Darek Czarny i Krzyś Gabłoński. Szkoda że „wielka woda” zabrała pamiątki tamtych czasów. Niewiele zdołało się uchować. To tak jak w jednym z tekstów  kozielskiego barda „Buzukiego” (Joachim Steuer) który utkwił mi w głowie: “Nic nie mom, nic nie mom, woda mi zabrała, szlag trafił marzenia, szlag trafił marzenia, kufajka, kufajka została, kufajka  została i buty  gumowe itd”.

 

IrenaKalicka

 


 

Tekst: Zbigniew Kowalski
Zdjęcia: rodzinne archiwum Ewa Augsten
Klip video: Tomasz Potym – Studio Foto Wenus.
Opracowanie graficzne: Zygmunt Pieluch

Opublikowano dnia: 10.05.2019 | przez: procomgra | Kategoria: Bez kategorii

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij