W moich muzycznych retro wędrówkach zawadzałem i potykałem się o nieskończoną ilość sal koncertowych. Sala koncertowa?! To brzmi zbyt dumnie. Scen i estrad. Scena to, alibo estrada?! Pomieszczeń pełniących funkcję garderoby. Garderoba?! Dalibóg gotowalnia w rzeczy samej. Trząchało mną na wybojach. Telepało w niedogrzanych hotelach. Często nie było czasu na papusianie przed koncertem, bo przyjechaliśmy spóźnieni, a sprzęt wypakowany na estradę czekał na montaż. Bywało, graliśmy pięć koncertów dziennie, tyle że każdy w innym mieście. Pomnę, że pierwszy zaczął się o dziesiątej rano. Po trzecim straciłem poczucie czasu w pełnym znaczeniu tego słowa. Przełączyłem się na automatyzm.

Relacje z wykonawcami to temat rzeka. Pierwszy z brzegu – mozolnie przekopywałem się wraz z kolegami przez „makulaturę” zwaną eufemistycznie nutami. Doprawdy nierzadki to był widok, gdy bas-man razem z gitarzystą tłoczyli się przy klawiszowcu usiłując dojrzeć coś na przyniszczonej kartce papieru. Pardon! To była prymka. Dla niewtajemniczonych – zapis linii melodycznej razem z najprostszą harmonią. Pałker musiał zdać się na własny słuch i wrażliwość muzyczną. Do rarytasowych precedensów zaliczaliśmy pojawienie się na trasie artysty posiadającego komplet nut dla każdego z instrumentalistów. Bywało, że pierwsi słuchacze zajmowali już miejsca na sali, a my nie skończyliśmy jeszcze próby! Co z tego? Dopiero, co dotarliśmy! Albo uda się, chociaż pobieżnie rozgryźć szczegóły i wyczyścić niejasności, albo narazimy się na blamaż i pewnikiem na drakę z nieukontentowanym artystą. Jeśli wykonawca nie dostał gromkich braw, jeśli nie było okrzyków domagających się bisu, jeśli o zgrozo kolega artysty miał większe apładismienty (oklaski) – to musiał ktoś być winien tego stanu rzeczy! Pierwszym celem ataku harcownika zawsze była kapela. Gdy pobieżne rozpoznanie bojem nie dawało szansy na zwycięstwo w potyczce z muzykantami – trudno zarzucić dyletanctwo profesjonalistom (sic!) – główne natarcie kierowało się przeciwko akustykom.

Za dużo pogłosu! Nie mogę śpiewać, za mało pogłosu! Normalnie się duszę! Po co tyle echa? Za dużo dołu mi dołożyli! Kręcą tymi gałami niepotrzebnie! Nie słyszę odsłuchów!

Następstwem była impulsywna utarczka słowna wszczynana przy konsolecie akustyka, domniemanego sprawcy wszelkich niepowodzeń. Jednakże wystarczało choćby pobieżne spojrzenie laika na gąszcz suwaków, bezlik gałek i migot wskaźników, aby zakończyć wzajemne, niewybredne impertynencje. Miary zadziwienia dopełniała pajęczyna przewodów, kabelków, złączy. Zaczynał się rozhowor o zawiłościach pracy ekipy nagłaśniającej. Jak techniką skompensować niefunkcjonalność i niedoskonałość akustyczną sali; praźródło ułomności wykonawczych? Czy to jest w ogóle realne? A tak na wszelki słuczaj (wypadek) w zanadrzu była jeszcze jedna ekipa, na której można było wyładować frustrację. Ekipa oświetleniowców.

Tak mi świecisz po oczach, że nie widzę, jak śpiewam! Otóż to!

Żywot chałturnika poczciwego zmieniał się z każdą trasą koncertową. W zależności od tego, kto dołączył do ekipy, jaki miał temperament, jak postrzegał wymuszone kontekstem wielodniowe egzystowanie z jednym i tym samym gremium, no i oczywiście, jaki miał dorobek artystyczny – taka osobowość była katalizatorem zmian. Miała sposobność, aby przemodelować aurę kolektywu!

Sałatkowo – Na którąś z tras koncertowych zaproszony został On. Wykonawca znany i lubiany. Szanowany za nastrojowe ballady i romanse cygańskie, jakie interpretował w sposób mistrzowski. Choć osobiście Go nie znałem wiedziałem o Nim tyle, ile być może wiedzieli zagorzali fani Jego twórczości. Był jednym z założycieli „Piwnicy pod Baranami”. W 1963 r. w Opolu dostał wyróżnienie za piosenkę „Nie wołaj mnie” oraz Złoty Pierścień w Kołobrzegu w 1978 r. Trochę mizernie, ale byłem osłuchany z Jego repertuarem. Coś, niecoś usłyszałem w tv i radio. Przed pierwszym wspólnym koncertem wmaszerował do garderoby uśmiechnięty, dystyngowany Pan. Nasza menedżerka Miśka dokonała prezentacji.

Słuchajcie moi mili, od dzisiaj będzie z nami występować pan Mieczysław Święcicki.

Od pierwszego słowa ujął nas uśmiechem, bezpretensjonalnością i miękkim, śpiewnym, „zaciąganym” akcentem. O takich osobach mówiło się „zza Buga”. Jakie było nasze zdziwienie, gdy z przepastnej torby wyjął podręczny zestaw kucharza i jakby nigdy nic zaczął przygotowywać sałatkę warzywną; z tego, co było akurat dostępne w sklepach! Ten rytuał powtarzał się przed każdym koncertem. Zapraszał wszystkich chętnych do degustacji. W międzyczasie przeszliśmy „na ty” wobec tego zadałem Mu krótkie pytanie – Dlaczego? „Nie chodzę do restauracji i może dlatego mam zdrowy żołądek” – odparł. Wniósł do naszego zespołu wykonawców tak bardzo potrzebny luz. Nie spinał się. Umiejętnie i z wdziękiem rozładowywał napięcie, które zawsze dawało znać o sobie w tak zróżnicowanym towarzystwie. Socjeta tkwiąca w permanentnym stanie zawoalowanej rywalizacji. Stroganow? – Między jednym koncertem a drugim była chwila czasu na wszelkie możliwe dysputy. Któregoś dnia rozmowa zeszła na tematy kulinarne i wtedy okazało się, że Mieczysław ma sporo do powiedzenia. Zrobił nam malutki wykład na temat potrawy z wołowiny zwanej „Stroganow”.

Pamiętaj Janku, że nazwa pochodzi od rosyjskiego hrabiego Stroganowa i tak też powinno się wymawiać tę nazwę. W kuchniach świata przyjęła się trochę inna, ale to zawsze jest Boeuf Stroganow. Poczęstował nas oryginalnym przepisem z domu rodzinnego. Niestety gdzieś mi się zawieruszył. Szkoda. O kulinariach mógł dyskutować bez przerwy, a robił to z pasją i znawstwem. Bieszczady – kolejna trasa została zaplanowana z bazą w Solinie. Okolica przepiękna. Kto tam był wie, o czym piszę. Zalew Soliński mamy pod nosem. Z wysokiej zapory oglądamy z przejęciem spławiające się w dole olbrzymie leszcze. Przyjechaliśmy jak zwykle autokarem, ale Mieczysław swoim samochodem. Tradycją stały się wspólne kolacje pierwszego dnia trasy. Rozchodzimy się do pokoi dość późno. Następnego dnia czeka nas harówa. Rano przykry zgrzyt. Samochód Mieczysława stoi na pustakach. Ktoś ukradł w nocy koła! Milicja. Przesłuchania. Szukaj wiatru na połoninach! Dowcip – Nie było tajemnicą, że artyści w przeważającej części nie darzyli sympatią panującego w tamtym czasie systemu. Robiliśmy zakłady, o to, kto z pierwszych rzędów będzie pisał raport do przełożonych. Bo może w czasie koncertu padły słowa wymagające napiętnowania? Nie mogę i nie chcę zacytować dowcipu jaki Mieczysław „walnął” z estrady w czasie swojego mini recitalu. Zakotłowało się w pierwszym rzędzie. Część widzów wstała i wyszła z sali. Na drugi dzień Miśka została wezwana do właściwej instytucji. Wieczorem mamy odprawę. Nasza menedżerka została pouczona, że jeśli jeszcze raz powtórzy się taka sytuacja, dostaniemy zakaz występowania! Wizyta – jesteśmy w Krakowie. Mieczysław zaprasza nas do swojego mieszkania. Meldujemy się całą ekipą. Jest wspaniała atmosfera. Gospodarz oprowadza nas po pokojach. W powietrzu unosi się iście bizantyjska zjawiskowość. Moc obrazów na ścianach. Moją uwagę przykuwa jeden. Znam tę kreskę mistrza.

Mieczysławie, piękna kopia Wyspiańskiego.

Janku, to wszystko są oryginały.

Padłem. Po wielu latach dowiedziałem się, że wszystkie obrazy zostały skradzione i bezpowrotnie utracone. A były to między innymi dzieła: Bacciarellego, Wyspiańskiego, Witkacego.

Niewiele zostało w mojej pamięci z tamtych czasów. Będę Go zawsze wspominał z wielkim szacunkiem.

Mieczysław Święcicki − Książę Nastroju i Kultury.

Janaszek

 

Warto przeczytać!

Warto przeczytać!

 

Opublikowano dnia: 24.02.2018 | przez: procomgra | Kategoria: Akademia retromuzyczna, Biografie, Wspomnienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Seo wordpress plugin by www.seowizard.org.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij