Wiertło, akt drugi i ostatni.

Dawno temu na Osiedlu Piastów

Środek lata, Łazienki. Łażę, snuję się, nie mogę znaleźć tego miejsca, w którym razem z Andrzejem Molendowiczem, w szerokich kręgach kędzierzyńskich znanym bardziej jako Ceju, nagrywaliśmy na magnetofon świergot ptaków. W roku 1981, wiosną. Gdzie to było? Ta ławka, krzaki jakieś, drzewa… No rzeczywiście, precyzja danych jak na Łazienki oszałamiająca.

Wtedy byłem piękny dwudziestopięcioletni. Świat machał do mnie ogonem, i chodził przy nodze, byłem jego panem, dzisiaj uniżonym, bo przygarbionym już sługą.

Instruktorem do spraw kulturalno-oświatowych byłem. Takie stanowisko mogli wymyśleć tylko przedstawiciele rządów ludu, taki język mógł wystawać tylko z ich tępej, proletariackiej gęby. Instruktorem w Domu Kultury.

Domy Kultury były wiechą tamtego systemu. Ktoś tam jakieś przeźrocza skądś pokazywał, dzieci coś tam tańczyły, muchy po gablocie „U przyjaciół” chodziły, w szachy ktoś grał. I sekcje były, cała tablica zaraz koło wejścia do biblioteki w „Chemiku”. Sekcja modelarzy, wędkarzy, sekcja taneczna, sekcja filatelistyczna… Kiedyś jakaś niewidzialna ręka, czyli moja, dopisała  „sekcja zwłok”,

I w Domu Kultury właśnie (na Piastach, „Komes”) kabaret „Wiertło” rzecz o Katyniu był zrobił. I stąd wtedy ta podróż do Warszawy. Do Łazienek. Po to, żeby świergot nagrać. A potem z tym świergotem z powrotem. Wyjazd o świcie, nagranie, powrót w nocy. Cimple drą się wszędzie tak samo, ale nie, my do Łazienek. Bo co, bo chcieliśmy mieć ścieżkę dźwiękową z samego serca Polski, a nie z jej jakichś tam, paznokci w postaci śląskiej prowincji? Możliwe. Bo szlachetny snobizm? I żeby podniośle było? Możliwe. Wariactwo, ale ujmujące, bo ze szlachetną nutą romantyzmu.

I na te ptaki nagraliśmy strzały, pojedyncze, padające mniej więcej co pięć sekund tak jak w lesie katyńskim. I cały finał, pisałem o tym w „Śmierci czeskiego psa”, finał nie miał końca, polegał na tym, że klęczeliśmy do widowni plecami. Z kapturami na głowach i związanymi na plecach rękami, tak jak mieli oni, sznur między rękami i szyją. I z taśmy słychać było te ptaki z Łazienek, głośno, bardzo głośno, i padał co raz ten strzał, ostry, suchy, głośny. I nic, nic więcej. Bez ruchu, zamarli. Publiczność też, bo Katyń wtedy ze sceny po raz pierwszy. Widzom trudno było wytrzymać ten dźwięk i nas, bez ruchu, klęczących, wychodzili, ale w holu rozstawione były kolumny i z kolumn tych to samo, ptaki i strzały, tak samo głośno. Wychodzili na zewnątrz, z ulgą, a tam też, z kolumny przez okno to samo, ptaki i strzał. Pisałem więc, ale nie napisałem o tej wyprawie do Łazienek.

I o tym, kiedy nastąpiło pierwsze, rzeczywiste otwarcie Domu Kultury na Osiedlu Piastów. Otwarcie się. Na jego mieszkańców. Otóż dopiero wczesną zimą 1981. Zaraz obok, tam gdzie dzisiaj Eco była masarnia, kolejka ustawiała się już koło świtu, lub północy, nie pamiętam już. Na mrozie. Stój jak kamień i wytrzymaj. Ja, Instruktor d/s kulturalno-oświatowych nie wytrzymałem. Miałem do „Komesa” klucze, mieszkałem obok, budzik nastawiałem na czwartą i wychodziłem. Do pracy. Otwierałem po prostu drzwi i wpuszczałem do środka przemarzniętych ludzi, to wszystko. Tak mało i tak dużo. Mały krok dla instruktora, ale wielki dla ludzkości, ich wdzięczność, w przeciwieństwie do PRL-u, nie miała granic. Moja praca po raz pierwszy nabrała sensu. A Dom Kultury po raz pierwszy przydał się tym, dla których został zbudowany.

Ps. Już wkrótce, już zaraz tak samo marznąć będą na ulicach żołnierze LWP. Grzać się będą przy koksownikach.

Janusz Rudnicki

 

 

W Polsce robiłem teatr, ostatni spektakl o Katyniu przed stanem wojennym, wkurwiony byłem na komunistów jak dziki pies dingo na obrożę. Finał, który nie miał końca, polegał na tym, że klęczeliśmy do widowni plecami.

Z kapturami na głowach i związanymi na plecach rękami, tak jak wtedy oni, sznur między rękami i szyją. I z taśmy leciał śpiew ptaków, tak jak wtedy, no i padał coraz ten strzał, ostry, suchy, głośny. I nic, nic więcej. Bez ruchu, zamarli. Publiczność też, bo to był Katyń po raz pierwszy. Trudno im było wytrzymać te ptaki i te strzały, i nas bez ruchu klęczących, z miejsc zaczęli podnosić się pierwsi, i wychodzić, za nimi inni, ale w holu domu kultury rozstawione były kolumny i z kolumn tych to samo, ptaki i strzały, tak samo głośno. Wychodzili na zewnątrz, z ulgą, a tam też, z kolumny przez okno, ptaki i strzał, ptaki i strzał.

Janusz Rudnicki

O Wiertle w miesięczniku OPOLE.

Wiertło jest sprawą czterech osób – Janusza Rudnickiego, Andrzeja Molendowicza, Krzysztofa Gągalskiego i Jacka Malinowskiego.

Kiedyś było ich więcej, ale oprócz Janusza i Andrzeja, którzy są od początku i bez przerwy – inni przychodzili i odchodzili, wśród nich Zygmunt Rogula, instruktor Miejskiego Ośrodka Upowszechniania Kultury, potocznie i tradycyjnie zwanego „emdekiem”, człowiek, który jest ogólnie uważany za naczelnego pomysłodawcę i animatora kabaretu, przy czym on sam wskazuje, że wszystko, co robili, gdy on jeszcze współdziałał, zawsze opierało się na scenariuszowych pomysłach Janusza, które w trakcie z początku zgodnej pracy nad pierwszym programem wspólnie kształtowali w szczegółach i docierali.

Pierwszy program z roku 1976 nosił tytuł „Aukcja”. Właściwie to powinien był nazywać „Naprędce”, jako że pisany i przygotowywany był na trzy tygodnie przed pierwszym oficjalnym występem. A chęć tego występu grupki przyjaciół i znajomych nie wzięła się z wewnętrznej potrzeby, ale z okazji dalekiego wyjazdu na atrakcyjne konfrontacje kabaretowe, o których ktoś z „emdeku” nam powiedział, więc dlaczego by się nie zabawić? Scenariusz „Aukcji” był zlepkiem mniej lub bardziej udanych kalamburów i słownych gierek, nic nie wart, ale jednak nie to było w tym czasie najważniejsze – bezpośrednio ukształtowało nas co innego. Pierwsze spotkanie dotyczące występu, pierwsze próby okazały się bowiem interesującym pretekstem do niespodziewanie interesujących rozmów, dyskusji – skończyła się zgrywa z życia, a zaczęła się praca nad życiem. Próbowaliśmy bowiem określić samych siebie, odkryliśmy przy tym, że byliśmy pełni jakiejś złości przeciwko temu, co dzieje się wokół. W czasie tych rozmów dojrzewała nasza świadomość. Powoli zaczęliśmy zdawać sobie sprawę ze swego miejsca, przynależności, czasu, w którym żyjemy, odpowiedzialności i współodpowiedzialności, z tego, że to, co nas otacza – na dotyczy i dlatego tak bardzo nas obchodzi. Dzięki temu wszystkiemu nasza późniejsza i obecna krytyka różnych układów, stereotypów, mitów i fałszu, zawarta w aktualnym od dwóch lat programie „Przeźrocza” nie stanowi taniej młodzieńczej kontestacji, ale wyrosłą z przejęcia się tym wszystkim, co dzieje się wokół nas. Ale też stąd przeróżne smrody miejscowe wokół nas i naszej działalności.

Budują program, do którego realizacji potrzeba wiele więcej, niż tylko dobre chęci, a tu tymczasem – smrody?

Smrody powąchamy, to pewne, ale później, teraz – po kolei, teraz ich źródła raczej dopiero się otworzą.

„Z tamtych konfrontacji w Rzeszowie wróciliśmy nagrodzeni. Wysyłani z różnymi oporami powodowanymi okresem przygotowań – wrócili artystami twórczości amatorskiej.

– Wróciliśmy na wysokich koniach – przyznają pięknie.

Doskonalili – to oczywiste – coraz bardziej wszechstronnie ambitny i wyrafinowany program, tu i ówdzie od czasu do czasu występowali, ale – co z dalszych losów zespołu z pozascenicznych wypowiedzi i czynów jego członków da się z miejsca zauważyć – z wysokości swych młodych i niecierpliwych koni prędko poczuli się zawiedzeni w swych buńczucznych marzeniach-nadziejach wraz z sukcesem przywiezionych pod swetrami i za połami marynarek, poczuli się lokalnie nie docenieni, bo nikt nie myślał przed nimi padać na kolana ani kwiatów sypać, uczynić z ich próbek scenicznych wiodącego przedmiotu działalności Ośrodka, traktując ich działalność jako jedną z form, pożyteczną i fajną, ale w dalszym ciągu tylko jako jedną z wielu możliwości. Więc oni – więcej – poczuli się niezrozumiani i niewykorzystywani, wręcz upupiani. W rewanżu całą działalność innych zaczęli lekceważyć i (bardziej w mowie niż w czynach) spychać na daleki margines koniecznej środowisku działalności, urągać czy wręcz obrażać środowisko a przede wszystkim tych, co animują kulturalnymi poczynaniami lokalnymi.

Konie zaczęły na sztorc dęba stawać, więc zrozumiałe, że co poniektórzy zaczęli im wędzidła skracać. Inna sprawa – czy zawsze w sposób najwłaściwszy?”

Janusz Rudnicki napisał kiedyś i teraz podtrzymuje:

„Problem: środowisko, dla którego przeznaczone jest przedstawienie, oraz potrzeby tego środowiska. Z tym mieliśmy i mamy dużo kłopotów. Wiadomo przecież, jakie są potrzeby tak zwanych środowisk przeciętnych. Ograniczają się one do dyskoteki, konkursu, kto szybciej zje budyń i w najlepszym razie do projekcji jakiegoś filmu sensacyjnego. Środowiska te próbują kształtować domy kultury, a czynią to zazwyczaj poprzez prezentację niewybrednych zespołów muzycznych, od czasu do czasu jakiejś operetki z Gliwic, pokazami iluzjonistów, autorodeami… A my jesteśmy grupą inną, parateatralną, nie tak grzeczną, aby nadawała się na tak zwaną „okładkę”, zespołem, zespołem, którym można zadowolić urzędy rozliczające domy kultury. Ale znamy też ludzi zawiadujących kulturą i prowadzących te domy. Ci ludzie na ważnych i odpowiedzialnych stanowiskach są po prostu mało odpowiedzialni i kompetentni. Do dzisiaj nie wiedzą, czego ludziom naprawdę potrzeba. Jedyne problemy, które ich – bojaźliwych o swoje stołki – nurtują, to zawsze świeża gazetka, kilka wieczornic, jakaś zabawa, a jakże – zabawa dla poważnej instytucji a przede wszystkim sprawozdania, sprawozdania, które zawsze i wszystkim sprawiają wiele kłopotów”.

Fragmenty artykułu Stanisława Chacińskiego, opublikowanego na łamach Miesięcznika Opole w 1980 roku.

Z Jackiem Malinowski o Wiertle.

Chciałbym z Tobą porozmawiać o trochę zapomnianej historii kędzierzyńskiego kabaretu WIERTŁO. Czy pamiętasz ten czas?

– Oczywiście że pamiętam. Czasy ciekawe, fajne. Bawiliśmy się fajnie, bywaliśmy w wielu ciekawych miejscach. Braliśmy udział w różnych przeglądach teatrów amatorskich.

Może zachowały się w Twoim prywatnym archiwum jakieś materiały z tego okresu. Jakieś zdjęcia, może jakieś teksty czy scenariusze waszych występów?

– Prowadziliśmy na własne potrzeby, dokładniej to ja prowadziłem, kronikę. To był chyba jedyny żywy dokument z działalności zespołu. Typowy kształt kroniki. Zawierała ona informacje o tym, gdzie byliśmy, co robiliśmy. Jest tam dużo zdjęć, są plakaty zapowiadające nasze występy.

Jak były początki Wiertła?

– Janusz stworzył Wiertło w składzie, „Ceju” czyli Andrzej Molendowicz, Jakub Marzec. Dochodzącym był Marek Szczukocki. W pewnym momencie losy kabaretu trochę się pokręciły. Nastąpiły zmiany personalne w zespole. Część kolegów odeszła z różnych powodów. Pozostali jedynie Janusz i „Ceju”.

Ja Janusza znałem od dziecka. Mieszkaliśmy obok siebie na tym samym osiedlu. Graliśmy razem w piłkę i bawiliśmy się na podwórku. Potem nasze drogi się rozeszły, bo on jednak jest nieco starszy ode mnie. Spiknęliśmy się po latach za racji wspólnych, jakby fascynacji poezją śpiewaną. On z przyjaciółmi zafascynowany był festiwalem FAMA, który zawsze wakacyjną porą odbywał się w Świnoujściu. Dla nich Impreza ta była obowiązkowym punktem każdych wakacji. Z Januszem bliżej jednak związaliśmy się podczas olsztyńskiego Festiwalu Poezji Śpiewanej.

Czy to był moment kiedy dołączyłeś do grupy?

– Właśnie tam żeśmy się spiknęli z Januszem i z „Cejem”. Janusz mnie i Krzyśkowi Gągalskiemu zaproponował dołączenie do nich. Odwiedziliśmy ich potem na kilku próbach. Spodobało się nam i zostaliśmy..

Zastąpiliście poprzedników w starym programie?

– Zaczęliśmy oczywiście od nowego programu. Nazywał się on „Przezrocza”. Zawierał kilka niezwiązanych ze sobą scen. Każda z nich mówiła o czymś innym, ale generalnie każda zahaczała o sprawy polityczne.

To była epoka Gierka. Jednak on przychylniej patrzył na zachód. Nastąpił silny rozwój gospodarki. Wielkie budowy socjalistyczne. Pojawił się maluch. Nawet w sklepach jeansy się pojawiały. Za złotówki. Bez paszportu mogliśmy przekraczać granicę na Odrze.

– My czuliśmy, że nadchodzą zmiany. Że to się długo nie utrzyma. Chcieliśmy to przyspieszyć. Młodzi gniewni, nie dawaliśmy sobie zamknąć ust. Nie brakowało nam odwagi. Byliśmy przez to mocno prześladowani. Szokiem dla władzy był temat poruszany w jednym z naszych programów, w którym mówiliśmy o tym co wydarzyło się w Katyniu, (dopiero po dwudziestu latach prawdziwi sprawcy przyznali się do tej zbrodni).

Łączył Was tylko kabaret?

– Poza teatrem, spotykaliśmy się na gruncie prywatnym. Graliśmy w brydża. Jakieś tam luźne imprezki. Wspólna wigilia. To były bardzo dobre relacje koleżeńskie, a nawet przyjacielskie. Swego czasu wiele nam pomógł Jerzy Pałys. To on wyciągnął do nas pomocną dłoń. Był on wtedy dyrektorem Spółdzielczego Domu Kultury przy RSM Chemik.

Jak odbierana była Wasza twórczość?

-Na kanwie tej przyjaźni, może bardziej zażyłej znajomości, może to jest lepsze określenie, doszliśmy do takiego poziomu, że zaczęto nas zauważać w świecie. Lidia Zamkow, aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, reżyser teatralna, także pedagog, (Żona aktora Leszka Herdegena) zwróciła na nas swoją uwagę i zaprosiła na przegląd teatrów studenckich do Łodzi. Zdobyliśmy tam pierwszą nagrodę jury oraz nagrodę publiczności. Poznaliśmy bardzo ciekawych ludzi z kręgu studenckich kabaretów. Trochę szerzej uchyliły się drzwi dla naszej twórczości.

Jak to wykorzystaliście?

– Zaczęliśmy uczestniczyć w rozmaitych przeglądach. Np. w Cieszynie. Trochę lat od tego czasu minęło, więc wielu miejsc nie pamiętam. To wszystko zawarte jest we wspomnianej kronice.

Ta kronika nie zaginęła. Jest w posiadaniu Janusza. Udostępnił mi kilka jej stron do wykorzystania w materiale na stronach retromuzyki.

– Tak. Potem wprowadzono stan wojenny i zakończyliśmy naszą działalność. Janusz został internowany. Spotkaliśmy się później, ale do tematu Wiertła już nie wracaliśmy. Ja przekazałem mu wtedy tę kronikę, mając świadomość, że jest on najwłaściwszą osobą, aby nią dysponować. Wiertło było „dzieckiem” Janusza. Potem wyjechał do Niemiec. Spotkaliśmy się dopiero po dziesięciu latach.

Wraz z wyjazdem Janusza historia z kabaretem została definitywnie zamknięta?

– Tak. W Hamburgu skończył Uniwersytet i zajął się twórczością pisarską, w której to osiąga wielkie sukcesy w kraju i za granicą. Wiertło to fajna historia godna upamiętnienia. Byłoby dobrze, gdyby Janusz swoim piórem opisał całą tą historię związaną z kabaretem. Może uda Ci skłonić go do tego. On zrobiłby to najlepiej. Ma „dobre pióro”. Potrafi pisać.

Wprawdzie kabaret już dawno przeszedł do historii, to jednak aktorzy tych wydarzeń nadal tworzą taki powiedziałbym zażyły, koleżeński krąg. Spotykają się dosyć często do dnia dzisiejszego. Nawet „ostatnie pożegnanie” „Ceja” było jakby kolejną scenką kabaretu.

– Wiem, że oni oraz kilkoro innych sympatyków „Wiertła” tworzą właśnie takie grono. Niemniej jednak wydarzenia tamtych lat spowodowały, że nasze drogi rozeszły się. Kilkakrotnie spotkaliśmy się podczas koncertów organizowanych w klubie Kameleon. Dzisiaj tą swoją działalność sceniczną traktuję jaką fajną przygodę młodości. Kabaret miał dwa okresy. Pierwszy okres to sam początek. Trzon zespołu stanowili wtedy: Janusz Rudnicki, Andrzej Molendowicz, Jakub Marzec, Wojtek Potocki i kilku innych, których nazwisk nie znałem. Natomiast w części, o której ja mogę się wypowiedzieć, to w kabarecie było nas właściwie czworo. Janusz, Ceju, Krzysiek Gągalski i ja. Oprócz tego w naszym towarzystwie była zawsze Ewa Kuliberda, późniejsza żona Janusza no i nasze ówczesne sympatie.

Jak byś nazwał to co robiliście z kolegami? W moim przekonaniu kabaret to, widowisko satyryczno-humorystyczne. W tym co Wy prezentowaliście, nie było miejsca na śmiech.

– Gdybym sam miał w tej chwili to określić, był para teatr bardziej niż kabaret. Treści, które tam przedstawialiśmy, nie mieściły się w definicji współczesnego kabaretu.

Na czym to polegało?

– Wystawialiśmy program pt. Przezrocza. To była seria takich, powiedzmy, luźnych scenek. Każda z tych scen mówiła o czymś innym, generalnie każda zawierała jakiś kontekst historyczno-polityczny. Każda miała swój roboczy tytuł. Tytułów tych nie publikowaliśmy. Używaliśmy ich tylko na nasze wewnętrzne potrzeby. Było to np. przezrocze pt. „Bóg”, „Opaska”, „Głuchy telefon” czy „Lisek”. „Lisek” to króciutka scenka. Tańczyliśmy na scenie śpiewając znaną dziecięcą piosenkę: „Chodzi lisek koło drogi. Nie ma ręki ani nogi” i w pewnym monecie, tak jak szczury uciekające z tonącego okrętu, chowaliśmy się w mrocznych zakamarkach sceny. Po chwili na scenie pojawiał się Janusz z Cejem, trzymający w ręku walizkę a z głośników słychać było komunikat „Willkommen in der Bundesrepublik Deutschland”. W każdym z prezentowanych przezroczy jednak więcej było ruchu niż samego tekstu. Slajd „Bóg” odgrywany był przy odtwarzanej muzyce Jana Kantego Pawluśkiewicza. Wchodziliśmy na scenę i przywieraliśmy do podłogi, imitując ciężką, fizyczną pracę, waliliśmy drewnianymi młotkami o podłogę. W pewnej chwili,wśród tych robotników ciężko pracujących, następował moment buntu, myśmy się podnosili i zamieniali się z oprawcami, którzy stali za nami jako nadzorcy. Doprowadzaliśmy wtedy do walki między właśnie nadzorującymi a robotnikami. Oni wtedy pokonani, padali na ziemię, a myśmy triumfowali.

Nie było w tym miejsca na jakieś śpiewane formy poetyckie. Na jakąś dużą muzyczną oprawę.

– Program „Przezrocza” składał się z krótkich scenek. Stąd ten tytuł. Tam pojawiał się czasem jakiś element muzyczny. Muzyka stanowiła często jako tło do granych scen. Jedno z przezroczy nosiło tytuł „BÓG”. Ilustracją tego była muzyka, której autorem był Jan Kanty Pawluśkiewicz.

Sami jednak nie próbowaliście śpiewać?

– Nigdy nie zdarzyło się, aby prezentować jakieś własne kompozycje do prezentowanych przez nas scen. W temacie tworzenia muzyki żaden z nas nie posiadał zdolności.

W tym czasie prawie na każdym podwórku usłyszeć można było brzdąkania na gitarach. Na każdych wakacyjnych wyjazdach gitara była nieodzowna. W każdej takiej grupce można było znaleźć jakiegoś Wojtka Bellona.

– Wiertło to była grupa przyjaciół znających się jeszcze z czasów szkolnych. Nie było w tym gronie muzykantów. Oni sami gro wolnego czasu spędzali w tym swoim towarzystwie. Janusz miał takie mocne zacięcie literackie. Pamiętam, że marzył o pisaniu tekstów do piosenek. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy, ale jakoś mu to nie wyszło. Na bazie tej przyjaźni powstało właśnie Wiertło. Było to tylko Wiertło, nie było tam przyimka kabaret.

List otwarty

List otwarty

O co chodziło z incydentem odwołującym Wasz występ w Chemiku?

– Zbuntowana młodzież, jacyś tam hipisi, bo tak nas wtedy klasyfikowano, zabrali się za tworzenie kultury. W Kędzierzynie trochę się na nasz temat mówiło, a ponieważ byliśmy rogatymi duszami, wzbudzaliśmy pewne zainteresowanie. Zaproponowano nam występ w ZDK „Chemik”. Przyjęliśmy propozycję i rozpoczęliśmy przygotowania do występu. Natomiast jakieś czynniki, wiadomo jakie, doprowadziły do takiej oto sytuacji. Na kilka godzin przed występem, kiedy przyszliśmy do Domu kultury, zastaliśmy zamknięte drzwi i wiszącą na nich informację, że z powodów technicznych występ kabaretu Wiertło został odwołany. Stało się dla nas rzeczą oczywistą, że nas po prostu nie chcą. Napisaliśmy kartkę, że z przyczyn od nas niezależnych występ się nie odbędzie. Zastanawialiśmy się co ze sobą począć i w tym momencie pojawił się przy nas Jerzy Pałys. On był wtedy Kierownikiem Spółdzielczego Domu Kultury przy RSM „Chemik” i sporo już słyszał o naszej działalności. Bardzo szybko zaproponował nam rozwiązanie sytuacji. Zaproponował przeniesienie spektaklu do swojego klubu. Poszliśmy tam i w zasadzie bez żadnego przygotowania, na pustej scenie odegraliśmy nasz występ. Występ bardzo mu się spodobał, więc zaproponował nam, abyśmy na stałe przeszli pod opiekę jego domu kultury.

Zgodziliście się?

– Tak. Mieliśmy tam dobre warunki do pracy. Mieliśmy miejsce na próby, tam także kilkakrotnie wystąpiliśmy ze swoim programem. Zaczęliśmy być zapraszani na różnego rodzaju przeglądy. Wspominałem już o naszym sukcesie w Łodzi, pamiętam jakiś występ w Cieszynie i w jeszcze kilku miejscach. Władze RSM-u były z nas dumne.

Kierownik Pałys w związku ze zbliżającą się którąś rocznicę wybuchu drugiej wojny, zaproponował przygotowanie nowego programu. Szybko przygotowaliśmy spektakl, który nazwaliśmy „Mur”. Scenariusz zakładał, że na scenie budowaliśmy mur i wokół tej budowy działy się różne rzeczy. Mur był rozwalany, aby po pewnej chwili stawiać go na nowo.

Kto był autorem tego scenariusza? Znów Janusz?

– Pomysł nasz autorski, tym razem jednak skorzystaliśmy z tekstów Grzesiuka, trochę Hłaski. Myśmy je tylko przedstawiali z własną interpretacją. Chyba się podobało.

A jak odebrano wtedy sceny z Katyniem?

– Katyń powstał jako osobny, trzeci nasz program po „Przezroczach” i wspomnianym „Murze” Była to końcówka lat siedemdziesiątych. Sprawa „Mordu Katyńskiego” przestawała być powoli skrywana.

Władza z pewnością bacznie przyglądała się waszym poczynaniom.

– Oczywiście. Takie swoiste” łowienie rybek” w mętnej wodzie. Nastąpił tzw. Karnawał Solidarności. Mogliśmy wtedy nieco więcej. Występowaliśmy we Wrocławiu, w Pałacyku, na Akademii Rolniczej. Potem nastał mroczny stan wojenny i nasi koledzy, którzy najdobitniej wyrażali swoją złość i zdecydowaną niezgodę na ówczesną rzeczywistość, działając jednocześnie w strukturach regionalnych nowopowstałego NSZZ Solidarność, zostali internowani w pierwszej kolejności.

Stan wojenny zakończył żywot kabaretu.

– Głównym motorem działania całego przedsięwzięcia pt. Wiertło był niewątpliwie Janusz Rudnicki. Było ono jego oczkiem w głowie. On sam bardzo nas wszystkich scalał. Po wyjściu z internowania wyjechał do Niemiec. Bez niego Wiertło nie mogło funkcjonować. I tak też się stało. Każdy z nas poszedł swoją drogą.

Janusz Rudnicki – Pisarz. Urodził się w 1956 roku w Kędzierzynie-Koźlu na Śląsku, emigrant polityczny, od 1983 roku mieszkał w Hamburgu, gdzie studiował slawistykę i germanistykę, tam również przełożono fragmenty jego dzieł na niemiecki.

Zatrudniony w hamburskim wydawnictwie utrzymywał stały związek z krajem, głównie z kręgiem warszawskiej “Twórczości”, w której systematycznie publikował swoje “Listy z Hamburga”. W 2015 roku wrócił do Polski.

Jakie jest pisarstwo Rudnickiego? Prowokacyjne, bezwstydne, groteskowe. Rudnicki opisuje najbliższy krąg rzeczywistości, metodycznie krok po kroku, odrzucając na bok obyczajowe i estetyczne konwencje. Jego bohater jest z pozoru prostacki, sentymentalny i niezbyt wyrafinowany. Ale ta przeciętność nie wyklucza niezwykłości. Jako Polak mieszkający w Niemczech, i jako prowincjusz osiadły w metropolii, a przede wszystkim jako pisarz zakorzeniony w żywiole codzienności, Rudnicki ucieleśniał typ bohatera osobnego, który mówi i myśli o rzeczach przyziemnych w sposób nadzwyczajny. Język jest tutaj doświadczeniem pierwotnym. Język konstruuje bohatera i autora. Język potoczny, lekko stylizowany na sarmacką frazę lub lekko nadpsuty niemczyzną, wrażliwy na melodię mowy, dosadny, konkretny.

Nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2008 za tom “Chodźcie, idziemy”. Finalista Nike 2010, półfinalista Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2010, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2010 i Nagrody im. Reymonta 2010 za “Śmierć czeskiego psa”. Na książkę tę składają się szkice o inteligentach, emigrantach, Andersenie i psach. Którego z bohaterów pojawiających się na jej kartach byśmy nie wybrali – gastarbeitera, nauczyciela czy więźnia – we wszystkich odnajdujemy podobne cechy, samotność i mizantropię, być może odzwierciedlające los archetypicznego Polaka. Do podobnych tematów powrócił Rudnicki kolejnym zbiorem krótkich form – “Trzy razy tak!” (2013). W “Życioryście” (2015) autor podejmuje się z kolei stworzenia szkiców biograficznych ważnych postaci życia publicznego, m.in. Angeli Merkel, Danuty Wałęsy, ale też Ryszarda Wagnera czy braci Grimm. Rudnicki ponownie bierze na warsztat życiorysy sławnych osób w opublikowanym w 2017 roku “Życioryście Dwa”. Tym razem czytelnicy mogą zapoznać się z jego interpretacją biografii takich postaci jak Czesław Miłosz czy Tomasz Mann. Zwieńczeniem jego książki są recenzje i krótkie formy literackie zamieszczone pod jej koniec.

Źródło: www.polska2000.pl, Copyright: Stowarzyszenie Willa Decjusza, 2001; aktualizacja: AP, luty 2019.

Epilog.

Działalność „Syndykatu Satyry WIERTŁO” to zaledwie epizod w historii kulturalnej Kędzierzyna-Koźla. Nie zapisał się w pamięci jego mieszkańców. Nie cieszył się popularnością w mieście. Dużo większe sukcesy odnosił poza Kędzierzynem. Swój przekaz „wiertłowcy” kierowali głównie do młodzieży licealnej oraz studenckiej. Miasto nasze było i do dnia dzisiejszego pozostało swego rodzaju „proletariacką sypialnią”. Młodzi, których ambicje sięgały wyżej opuszczali je, najczęściej na bardzo długo a niektórzy nawet na zawsze.

Tak też stało się z twórcami Wiertła.

Ps. Zastanawia mnie fenomen oddziaływania na tych młodych ludzi z kabaretu, twórczości Marka Grechuty. Ten wybitny artysta nigdy nie miał kłopotów z cenzurą. Nigdy nie zajmował się bezpośrednią krytyką. Nie dlatego, że nie było wolno. W rozmowie z Marią Szabłowską tak mówił o tym: „Starałem się, żeby moja poezja miała trochę dłuższy dystans niż codzienne krytykowanie, żeby była azylem, schronieniem przed szarością, a nie kłócenie się z tą szarością. To ostatnie zawsze wychodzi na niekorzyść poezji. Wiersz, który dotyczy dnia dzisiejszego, jutro już jest nieaktualny”. Uważał on, że o tym powinny mówić gazety, telewizja, dziennikarze To nie jest zajęcie dla poetów i piosenki poetyckiej. Poezja powinna kreować pewną rzeczywistość, mówić o niej w sposób niezwykły.

A jednak Marek Grechuta stał się niejako symbolem dla twórców „Wiertła” i ich sympatyków.

Zebrał i opracował: Zbigniew Kowalski

Grafika: Zygmunt Pieluch

Opublikowano dnia: 19.02.2021 | przez: procomgra | Kategoria: Archiwum, Artykuły, Biografie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

TŁUMACZENIE Google»

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij