banner_cornet

 

– Aula jest szczęśliwa, ale i pechowa – mówi Reporter – rozglądając się po sali. Kubaturowo przestronna, ale i przytulna. Rozentuzjazmowana tłumem, ale osamotniała nocą. Pełna czupurnych pytań, ale i ciętych replik. Pełno nas, ale kogoś ubyło.
– Charakterystyczny stukot gipsowego bamboszka…Kuś-kusztyk, kuś-kusztyk w rytmie znanym weteranom muzyki od lat, jako kulawa kaczka /lame duck/, a trochę młodszym, jako shuffle /człapać/, co natychmiast przetłumaczono na dźwięczne – szufla…Obwieścił rozgorączkowanym, obecnym w auli studentom – Uwaga, uwaga; nadchodzi! Otóż i On!

      1. Rytm szufli

– Profesor – Chciałbym podziękować wszystkim za wyrazy otuchy i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Jednocześnie pragnę uspokoić wszystkich państwa, iż kontuzja okazała się mniej groźna niż można było się spodziewać. Następnym razem wykonam tylko pojedynczego Salchowa, jako skok mniej kontuzjogenny. Westchnienie ulgi słuchaczy skwitowało wyłącznie historyczną już – straszność.
– Wobec powyższego, przystępujemy do zajęć. Zajmiemy się interesującą definicją realnoznaczeniową. Mam na myśli zjawiskowo piękny – Podział! Co może ulec podziałowi? Według jakiej zasady się dzieli? Co się dzieli przez co? Na ile się dzieli? Ile jest tego, w tym – tam? Konsternacja na sali – co ten matuzal /nawija/wygaduje? Dla rutyniarskiego wyjadacza zaciekłych dysput ze studentami, powiew intelektualnego sceptycyzmu z widowni był li tylko delikatnym muśnięciem. Z figlarnym błyskiem w oku, profesor kontynuował…To znaczy, taki miał niezłomny zamiar. Tyle, że zadziwień tego dnia – nie było jeszcze końca…
– Niespodzianka zmaterializowała się w ostatnim rzędzie foteli. Podniósł się młodzieniec o nienagannej prezencji z czupryną a’la Jules (Samuel L. Jackson) z “Pulp Fiction” i przemówił tymi słowami…
– Sorry, Pan Profesur! My name is Barry Luck. Ja wszystko rozumieć. Tylko godać is problem. Polska jęzor trudna jest. It is very interesting, but wszystkie my chcom, my proszom, co Pan mówić być prosta jenzyk. Proste słowy, you know? U nas w Texas powiedziali bym – profesur godaj tak, co by zrozumiali gluty i retrogeriatryki! Thank you for your attention!
– Przez moment narząd wzroku zapadł się Janowi Profesorowi w oczodoły, by po chwili powrócić do stałej, przyrodzonej lokalizacji, ale w towarzystwie tik-taka nerwowego.
– Barry! Zbił mnie Pan z pantałyku. Muszę na nowo opracować bardzo ważne zagadnienie. Nie pozostaje mi nic innego, jak zająć się lżejszą nieco tematyką, a dzisiejszy nie odbyty referat, przełożyć na następne spotkanie. Barry! Ju zrozumiać, co ja pogodać? Moja jenzyk prosta, prostata? A bo, czy Ty zrozumiala?
– Profesur! I’ve got it!
– Z uwagi na niecodzienną sytuację powiem kilka stwierdzeń ogólnych, a potem coś przeczytam. Uważam, że bębny są jednym z najtrudniejszych instrumentów. Jakikolwiek inny, oprócz wysokości dźwięku musi zachować hierarchię rytmiczną, czyli to, co jest kwintesencją, istotą perkusji. Iluzja, miraż szybkiego opanowania gry na bębnach polega na zwodniczej łatwości wydobycia dźwięku. Niedoinformowanie skutkuje tym, że pospolite ruszenie hurmem rzuca się na bębniory nie zdając sobie sprawy jakie wyzwanie przed nimi stoi. Takie pacholę nie wie nic, o artykulacji, niuansach instrumentu, koordynacji kończyn. No, bo skąd miałby to wiedzieć? Z błędnego mniemania o łatwiźnie bierze się cała armia nieudacznych rzemieślników! Atoli, wszelako, zasię i wirtuozów instrumentu. Kadet o umiejętnościach w wersji junior młodszy nie chwyci za trąbkę, bo bez długotrwałych ćwiczeń nie uda mu się wydobyć z instrumentu sensownego dźwięku. Ale żaden problem chwycić za pałkę i walnąć w to cudo okrągłe! Ajuści trąbka to diametralna odrębność. I dlatego pozwolę sobie przytoczyć starą sagę o dawnym retroartyście…

Krotochwile okołoperkusyjne
Koncert Swojskiego

Natenczas Swojski, chwycił z pokrowca wyjęty,
urodny kornet blaszany jak ślimak ciasno zwinięty.
Rączo ręcoma do warg go przycisnął,
wzdął policzki jak żagle z ócz tryumfem trysnął.
Zatrzasnął powieki.
Spoko. Nie na wieki.
Wziewał, zasysał w siebie powietrze,
brzucho mu pęczniało w zbyt obfitym swetrze.
Gdy mu się zrobiła zawierucha z brzucha,
chyżo z płuc wyzionął potężnego chucha.
Choć się napowietrzył, choć mocno się spinał.
Próbował bezskutecznie, więc mu zrzedła mina.
Dźwięku jak nie było, tak nima i nima.
Stanął i sapie, dyszy i się wścieka.
Pot z rozgrzanego czoła mu ścieka.
Zewsząd zachęcający aplauz się sypie,
a on zmęczony ledwo zipie.
Mineralną wodę człowieki mu dali,
a dla wigoru w plecy poklepali.
Cmoka głośno, głośno chłepce
i tak sam do siebie szepce:
– Jużem był na Parnasie.
– Jużem witał się z Grammy.
Wielkie splendory na mnie spływały.
Podziw i rozgłos codzienniem odbierał.
Za wcześniem spróbował,
więc żem sfalstartował.
Zatrząsł się i usmarkał. Z ust wyciekła ślina,
o innych ingrediencjach hadko jest wspominać.
Niestety za wysokie progi
na Swojskiego nogi.
Stoi samotny pomocy wzywa.
I choć z wysiłku cały się stężał,
to nie udźwignie taki to ciężar.
Toć, to nie ciężka gitara blu(e)smana,
lecz fraszka, igraszka trąbeczka blaszana.
Spróbował znowu, myśliłbyś, że kształt policzków zmieniał,
i że ustnik w kornecie to grubiał, to cieniał.
Znów się zerwał. W pysio się plasnął i tak sam do siebie wrzasnął:
co do diaska mocium panie?
Na żądanie mocium panie, niech się wreszcie muza stanie.
Mocium panie me żądanie!
Nagle łup – oczy w słup.
Świsnęło, puffnęło, gwizdnęło uch, uch.
Ruszyło, coś jakby powoli, ospale.
To wyziew, co z płuców rurami do tłoków,
a tłoki palcami ruszane z dwóch boków.
Bo z płuców w te tłoki powietrze się tłoczy.
I gnają i pchają i muza się toczy.
Zmilkli widzowie, wstali wszyscy zaskoczeni,
dziwnie ponętną harmoniją pieni.
Bo to była historyja krótka.
Nie rejwach. Nie wrzawa. Jak w woju pobudka.
Chwiał się Swojski z obliczem nabrzmiałym, promiennym.
Łowiąc uchem ostatnie, znikające tony.
Muzyki cichszej, dalszej,
czystszej, doskonalszej.
Człowiekom się zdawało,
że Swojski gra jeszcze.
To z płuc mu rzęziało,
a z ócz serdecznymi łzami kapało.


– Skoro wysłuchaliśmy całej historii, czyli przyczynek do tego – jak trudno zostać trębaczem? Może Barry spróbuje podsumować z wrodzoną sobie wyjątkową akuratnością – zmagania człowieka z zimną, blaszaną materią? Profesor chciał choć trochę być ironiczny, co lekko kolidowało z jego pogodnym uosobieniem. Był znany z gołębiego serca. Ju zrozumial ?
– Sure! Profesur!
– U nas w Texas powiedziali bym – trubka very trudna instrument. Widzia mi sia, co by łatwiej nauczyć konia gwizdać na kopytach.

Salwa śmiechu, która zadudniła w auli zakończyła wykład. Wszyscy obecni mieli powody wierzyć, że następne spotkania pełne będą podobnych satyrycznych momentów, a heca będzie ścigać się z ubawem. I mieli rację!


Janaszek
Quasi pastisz następujących utworów – A.Mickiewicz – “Pan Tadeusz” – koncert Wojskiego, “Lis i kozieł” – J. Tuwim – “Lokomotywa”, A.Fredro – “Zemsta”.

Opublikowano dnia: 08.05.2016 | przez: procomgra | Kategoria: Akademia retromuzyczna, Artykuły

1 Comment

  1. MM napisał(a):

    Chapeau bas za Swojskiego! Oto jak wirtuozeria “bębniarza” pozwala przełożyć rytm na rym, co dodatkowo daje też do myślenia.
    Rzeczywiście, najłatwiej wydobyć dźwięk z bębna; taki prosty fakt a do czego prowadzi;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Seo wordpress plugin by www.seowizard.org.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij